Serpentis Sempre
Członek Gwardii Dumbledore'a

Dołączył: 25 Sie 2007
Posty: 193
Skąd: zza Ciebie
|
Upiór w zamczysku
Cóż. Nie wyczekalam przepisowego tygodnia, a tak niewiele brakowało...
W każdym bądź razie: miniaturowa miniaturka. Parodyja. Przedsmak tematu, nad którym wciąż pracuję w pocie czoła, cierpliwie wystukując literki.
Wariacja powiedźmińska.
Przepisowo proszę o krytykę.
Później już zapomniano, że nadeszła ona od południa, od Wrzeszczącej Chaty.
Chociaż nie. Ona nie szła. Płynęła po głównej uliczce Hogsmeade, roznosząc wokół upajającą woń róż. Jej długie, powiewające niczym sztandar szafirowe włosy, poznaczone srebrnymi pasemkami, tajemnicze, złote oczy i zwiewna, srebrzysta sukienka, podkreślająca kuszące kształty wywołały niespokojny szmer wśród gości przebywających akurat w gospodzie "Pod Trzema Miotłami", gdzie nasza bohaterka skierowała swoje kocie kroki. Madame Rosmerta spojrzała na nią podejrzliwie znad napełnianych właśnie kufli.
- Co podać? - spytała, odsuwając się nieznacznie od kontuaru, o który wsparła się nowoprzybyła.
- Szklaneczkę wina truskawkowego - zaszczebiotała dziewczyna, uśmiechając się promiennie.
Rosmerta, nie spuszczając z niej wzroku, nalała ciemnoróżowego płynu do wąskiej szklanki. Obca piękność sączyła powoli wino, rozglądając się z zainteresowaniem po gospodzie. Co młodsi przedstawiciele płci brzydkiej wlepiali cielęce spojrzenia w jej jedwabiste włosy, wiośnianą twarz i smukłą sylwetkę. Tu i ówdzie rozległo się rozmarzone westchnienie.
- Powiedz mi, kochana... - odezwała się słodkim głosem - Gdzie tu rezyduje burmistrz? Mam do niego...ach... sprawę.
"I wszystko jasne" - przemknęło przez głowę barmanki, gdy otwierała usta, by odpowiedzieć.
Burmistrz Nicholas Shearer przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Odchrząknął. Drugi raz. Spojrzał twardo na piękną nieznajomą, starając się nie zwracać uwagi na jej kształty.
- Proszę usiąść - powiedział oficjalnym, urzędowym tonem, wskazując jej krzesło naprzeciw biurka. Usadowił się w fotelu, spojrzał na nią wyczekująco. Dziewczyna wydobyła zza głębokiego wcięcia w sukience różowy zwitek pergaminu, wycięty w kształt serca. Shearer rzucił okiem na wypisane złotym atramentem orędzie.
- No cóż... Wygląda na to, że nie mam już nic do dodania. W zamczysku po nocach straszy zaklęty książe, którego odczarować może tylko pocałunek napiękniejszej kobiety, choć niektórzy twierdzą, że to za mało, że trzeba... Nieważne. W każdym razie, nagrodą za odczarowanie jest ręką księcia.
- A co z krążącymi tu i ówdzie plotkami o złocie, kosztownościach i połowie wioski? - zapytała, uśmiechając się kokieteryjnie.
- A. To radziłbym omówić z przyszłym mężem. Cóż, może wolałaby panienka...
- Proszę mówić mi po imieniu. Consuela Vivien Arano.
- Cóż, może zanim przystąpisz do dzieła, wolałabyś odpocząć tu, w ratuszu... Consuelo.
Stukot wysokich obcasów odbijał się echem od kamiennych ścian pogrążonego w mroku korytarzu. Consuela szła pewnie, nawet nie zadając sobie trudu wyciągnięcia różdżki - płynące w jej żyłach domieszki wampirzej i kotołackiej krwi sprawiały, że widziała w ciemnościach.
Dziewczyna po raz kolejny wyciągnęła z ukrytej kieszeni lusterko, poprawiła makijaż, sprawdziła, czy białe róże w jej włosach nie przekrzywiły się, nie wypadły...
Odwróciła się powoli, ponętnie szeleszcząc sukienką. Usłyszała go.
Stał nieruchomo na końcu korytarza, nie spuszczjąc z niej zimnego, czujnego wzroku. Arano zaśmiała się cicho, zalotnie.
- A więc tu jesteś, biedaku...
Straszydło drgnęło, gdy zrobiła krok w jego stronę. Następny. Jeszcze jeden...
- Spokojnie, ja nie gryzę... - wymruczała namiętnie, oplatając go ramionami.
Echo zwielokrotniło ryk wściekłości, odbijając się od kamiennych ścian.
- O Merlinie...
Siedemnastoletni Patrick Stevenson cofnął się gwałtownie na widok trupa, przeklinając wszelkie dorywcze zajęcia. Cóż, mało było chętnych do "sprzątania" w zamku. A galeony piechotą nie chodzą. Światło wschodzącego słońca oświetliło jego bladą, piegowatą twarz, nadając jej pozór niezdrowych rumieńców.
- Co?
Wysoki, chudy osiemnastolatek wychodzący zza rogu korytarza zatrzymał się raptownie. Ostrożnie zbliżył się do trupa, zagwizdał.
- No, no... tego jeszcze nie było. Ostatnią potraktował Rackharrowem*, ale to nic w porównaniu do tego... Co z tobą, Rick?
- N-nie, nic... We-weźmy ją już stąd i spalmy, jak nam kazali...
Jego towarzysz roześmiał się.
- Mówiłem ci, do tej roboty trzeba mieć stalowe nerwy. Nigdy nie wiadomo, co księciu wpadnie do głowy. Pamiętam, że kiedyś jedną rozwłóczył na pół korytarza... No, kończmy to. - dodał, widząc minę Patricka. Zapakowali nieboszczkę do worka, przenieśli na niewidzialne nosze.
- Eee... Jim... - mniej doświadczony dorobkiewicz uczynił spazmatyczny ruch w stronę sporej, ciemnej kałuży.
- Co? A, tak. Chłoszczyść.
Tymczasem w ratuszu miały miejsce dantejskie sceny. Shearer w pośpiesznie narzuconym szmaragdowozielonym szlafroku stał przy oknie i od czasu do czasu dyskretnie ziewając, obserwował miotającego się po gabinecie mężczyznę. Tamten zrobił kolejną rundkę od jednej ściany gabinetu do drugiej, szumiąc połami szaty.
- Molestowano mnie po raz trzeci w tym miesiącu! To skandal! Jawne wykorzystywanie! Znęcanie się psychiczne! Nie wydałem na to zgody!
- Ale...
- Shearer, powtarzam to po raz ostatni: znajdźcie sobie inne metody na okoliczne demony!
Burmistrz wyprostował się, zamaszyście poprawił jedwabną szlafmycę.
- Ależ Severusie... Czy to moja wina, że Marie Zuzanny tak się do ciebie garną?
*Urquhart Rackharrow - wynalazca zaklęcia wypruwającego wnętrzności _________________ Ludzie są jak kwiaty – cztery miliardy narcyzów.
Horoskop mówi, że w tym miesiącu przestanę wierzyć w horoskopy. Nie wierzę.
|