Kristenhn
Tropiciel smoków

Dołączył: 04 Sie 2007
Posty: 376
Skąd: już wiesz, gdzie to jest?
|
A oczy wciąż młode
Popełniłam kolejną miniaturkę, tak jakoś wyszło. rzucam się na tory, związana sznurami i czekam na krytykę.;p tffUr ten może zaliczać się minimalnie pod kategorię romantyczną. jeżeli ktoś chciałby zbetować ten tekst, to proszę o pm'kę. (:
ps. i wiem, że to krótkie, więc proszę nie wspominać mi o tym, ani słowa. ;d
A oczy wciąż młode
Gdy poczułem silne pieczenie na lewym przedramieniu, wiedziałem, że to koniec. Narzuciłem na siebie czarną szatę, sięgającą ziemi, z wielkim kapturem, zasłaniającym pół twarzy i ruszyłem w kierunku drzwi wyjściowych. Po drodze chwyciłem białą maskę Śmierciożercy, tak bardzo przeze mnie znienawidzoną. Kiedyś chciałem być taki, jak oni, jak mój ojciec, jak On. Fascynowało mnie zabijanie i torturowanie szlam i mugoli, to było zabawne! Teraz straciło to cały sens. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że to, co robię przez cały swój marny żywot, na nic się nie zdaje. W szkole chwaliłem się, iż moja rodzina od wieków nie została splamiona szlamowatą krwią, ale tak właściwie, jakie to ma znaczenie? Każdy człowiek z wiekiem mądrzeje i nabywa nowych umiejętności. Czy ze mną też tak jest? Na pewno. Wiem o tym, ale wtedy nie wiedziałem.
Miała to być ostatnia wojna między siłami dobra i zła. (Tak naprawdę, nie ma ludzi złych i dobrych, bo gdy się rodzimy jesteśmy sobie równi. Tylko potem obieramy różne drogi i to od nas zależy, jak będziemy postrzegani.) Wszyscy poplecznicy Tego – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać zebrali się w ciemnym pomieszczeniu. Na środku, jak zwykle, siedział Lord Voldemort w swoim wielkim, zielonym fotelu, obok którego leżała Nagini. Skinął lekko głową na znak potwierdzenia rozpoczęcia bitwy. Założyliśmy maski i aportowaliśmy się na wyznaczone miejsce, skąd każdy poszedł w swoją stronę. Czarny Pan znał dokładny plan, ułożony przez aurorów, znał każdy ich ruch.
Kiedy byłem w siódmej klasie, ojciec kazał mi uwieść Granger. Nie podał żadnego powodu, poza takim, że kiedyś to się przyda, więc zrobiłem to, co mi kazał. Pod żadnym pozorem nie pozwolił mi z nią tracić kontaktu – teraz rozumiem, dlaczego. Moim zadaniem było ją zabić. Pozbawić życia jedną z najlepszych aurorek, która niebawem miała przejść na emeryturę i wieść spokojne życie z dala od nieszczęść. Ona mi ufała, wierzyła, pokładała we mnie nadzieję – dlatego to byłem ja.
Przez chwilę nie wiedziałem, jak zareagować, Voldemort powiedział wtedy:
- Draco, masz ją załatwić. Chyba, że czujesz do niej jakiś sentyment, wtedy zrozumiem – jego głos ociekał jadem i drwiną.
Uśmiechnąłem się tylko bezczelnie i odparłem:
- Skądże, panie. Będzie martwa.
Życie to gra, ja jestem jednym z aktorów. I muszę dostosować się do roli, którą mi przydzielono.
Hermiona zawsze była pilną uczennicą. Z chęcią chodziła na dodatkowe zajęcia, aby jeszcze bardziej się podszkolić w danych dziedzinach, ale moim nieskromnym zdaniem nie miała, po co. Umiała zrobić wszystko, począwszy od transmutacji kota w ropuchę, poprzez warzenie eliksirów, na doskonałej aportacji kończąc. Zawsze dostawała najlepsze oceny, nawet z tych głupich Eliksirów, prowadzonych przez Snape’a, z których byłem dobry, a nigdy nie miałem oceny Wybitnej, jak ona. Nazywano ją „chlubą Gryffindoru”, przez co ją bardziej nienawidziłem. Dziś rozumiem, że zapracowała na to nieprzespanymi nocami i całymi dniami, spędzonymi w bibliotece. Zazdroszczę jej takiego samozaparcia, ja nie byłbym w stanie tego dokonać. Zawsze była w pełnej gotowości, aby podnieść ręce wysoko do góry i z niemałym trudem powstrzymywać się od wykrzyknięcia odpowiedzi. To było chore! Poza jej wszystkimi wadami, miała też zalety. Uroda – to coś, co towarzyszyło jej od rozpoczęcia nauki w Hogwarcie. Fakt faktem, że przez pierwsze trzy lata jej włosy przypominały siano. Kręcone, lekko opadały na plecy, zahaczając o drobne ramiona. Brązowe oczy bystro patrzyły na wszystko wokoło, czasami zasłaniała je szara mgiełka oburzenia i wtedy wszyscy bali się do niej podejść, lub coś powiedzieć. Ale zazwyczaj była osobą spokojną i opanowaną z chłodnym tokiem myślenia. Cerę miała niemalże idealnie gładką, a na policzkach często wykwitał rumieniec zażenowania, albo czegoś niezidentyfikowanego. Była sobą, nigdy nie ukrywała się ze swoimi uczuciami, mówiła to, co przyniosła jej ślina na język, a to czasami okazywało się zgubne. I nigdy nie kłamała, pomijając sytuacje, kiedy musiała wstawiać się za Potterem i rudą łasicą.
Swoje kroki skierowałem w stronę wielkiego budynku, skrywającego sporo tajemnic, które niewątpliwie znałem. (Któż by nie znał, przeżywając tyle, co ja?) Wyciągnąłem różdżkę i wymamrotałem kilka słów, po czym ukazały się przede mną mocarne, drewniane drzwi. Złapałem za kołatkę w kształcie węża i zastukałem trzy razy. Otworzyły się z hukiem, zapraszając mnie do środka. Wchodząc, moje oczy zarejestrowały obraz długiego korytarza, oświetlonego jedynie znikomym światłem księżyca w pełni, wpadającym przez małe okienka. Ruszyłem na przód, a gdy zobaczyłem następne drzwi, wypowiedziałem zaklęcie. Za nimi był stary mur, zrobiony z czerwonych cegiełek. Zapukałem w nie podwójnie, cegiełki zaczęły układać się w przejście, którym miałem dojść do celu. Wziąłem głęboki wdech, zamknąłem na chwilę oczy. Otworzyłem je i przybrałem zimny, obojętny wyraz twarzy. Na usta wpęzł mimowolnie pogardliwy uśmieszek. Przekroczyłem granicę, której tak bardzo się obawiałem. Ale już nie było odwrotu, musiałem iść dalej, więc skręciłem w lewo i zamarłem... Stałem z nią twarzą w twarz. Wargi jej lekko zadrżały, gdy powoli opuszczała prawą rękę, w której trzymała różdżkę.
- Draco? – zapytała cicho, prawie bezszelestnie, modląc się, aby odpowiedź była twierdząca.
Zrobiła krok w moją stronę. Spojrzałem na nią zachłannie; na jej włosy, usta, talię, dłonie ze szczupłymi palcami. Kiwnąłem niepewnie głową, jakbym wstydził się tego, kim jestem. A tak nie było, prawda? Zrobiła kolejny krok, tym razem większy. Bałem się najbliższej przyszłości, sytuacji, w której się znajdowaliśmy. Rzuciła mi się na szyję, wtulając w moje ramiona i pozwalając popłynąć łzom tęsknoty po policzkach. Stałem tak z opuszczonymi rękoma, nie wiedząc, co robić. Pocałowała moje usta, a ja odwzajemniłem pieszczotę, nie będąc pewnym, czy właściwie postępuję. Był to pocałunek krótki, ale jakże namiętny i pełen emocji. Czułem, że tyko przy niej jestem w stanie się otworzyć i być sobą, a nie postacią przeze mnie graną. Gdy tylko sobie przypomniałem, po co tak naprawdę tam jestem, uśmiechnąłem się ironicznie.
- Odsuń się, kobieto – powiedziałem spokojnie, przeciągając samogłoski.
Wyglądała na wyraźnie zaskoczoną, ja też bym był. Jednym ruchem wycelowałem różdżkę prosto w nią. Jej oczy znów napełniły się łzami, ale tym razem nie z powodu tęsknoty, ale bólu, jaki jej niewątpliwie zadałem.
- Dlaczego? – zadała pytanie, łamiącym się głosem, i bynajmniej nie chodziło o odsunięcie się.
Nic nie odpowiedziałem, wzruszyłem jednie ramionami i dalej trwałem w tej samej pozycji. Nie mogłem znaleźć żadnej odpowiedzi, która nadawałaby się, by ją wygłosić, by wyjaśnić przebieg tych zdarzeń. Ale tak naprawdę, doskonale wiedziałem, co, jak, dlaczego. Problem polegał na tym, że nie chciałem się przyznać nawet przed samym sobą.
- Proszę, wybacz mi to i wszystko inne z osobna – powiedziałem.
Ona tyko skinęła porozumiewawczo głową i rzuciła różdżkę pod moje nogi.
- Avada Kedavra! – krzyknąłem głosem, wypranym z wszelkich uczuć.
A gdy zielona stróżka leciała w jej stronę, usłyszałem najcichsze na świecie „Kocham cię”.
I już byłem pewny, że to był mój największy, życiowy błąd. Podszedłem do jej ciała, leżącego kilka cali ode mnie. Oczy miała szeroko otwarte. Pogładziłem jej włosy i zacząłem mówić:
- Dlaczego? Bo już nie ma powodów, dla których mielibyśmy zmieniać swoje drogi. To już koniec, i dobrze o tym wiesz, moja droga. Zawsze po burzy wychodzi słońce – tą burzą była wojna, a słońcem będzie ten drugi, rzekomo lepszy świat, gdzie kiedyś może się spotkamy. Wtedy zaczniemy wszystko od nowa, od zera. I uwierz mi na słowo – nigdy więcej nie zawiodę twojego zaufania, Hermiono.
Wiedziałem, że mnie słyszy, że rozumie moje słowa. Przyglądając się jej uważnie, stwierdziłem, że gdybym spotkał ją w innym miejscu niż to, z pewnością bym ją poznał. Bo mimo tego, że cała była inna, pozostawał jeden, jedyny szczegół, który się nie zmienił – oczy. Wciąż rzucały bystre spojrzenia i wciąż były młode. _________________
Chcąc świat oszukać, stosuj się do świata, ubierz w uprzejmość oko, dłoń i usta, wyglądaj jako kwiat niewinny,
ale niechaj pod kwiatem tym wąż się ukrywa.
Niech każdy będzie panem swego czasu.
[ dawna platinum_princess ]
|